efektum
Jeden post wszystko zmienił. Rozmowa z niepełnosprawnym Mateuszem 2021-12-20
Śląskie
Mateusz to wielki pasjonat motoryzacji, który choruje na rdzeniowy zanik mięśni. Jak mówi o sobie, jest niepełnosprawny w stopniu znacznym, ale stara się żyć normalnie i czerpać radość z każdej chwili. O Mateuszu usłyszeliśmy w zeszłym roku, kiedy pochwalił się na Facebooku przejażdżką Maserati Quattroporte. To było na popularnej grupie motoryzacyjnej, gdzie post miała okazję zobaczyć spora część środowiska posiadaczy luksusowych i sportowych samochodów z Polski. Pod wpisem posypały się propozycje przejażdżek z całego kraju oraz z zagranicy...

  • Mateusz Szumański, choruje na rdzeniowy zanik mięśni i jest niepełnosprawny w stopniu znacznym
  • Mateusz opowiada o tym jak jeździł Ferrari dookoła Koloseum oraz jak poznał dwóch papieży. Poznamy również historię posta na Facebook'u, który zmienił jego życie
  • Nie poddał się nawet, gdy usłyszał, że nie wpuszczą go do fabryki Ferrari na wózku inwalidzkim
  • Więcej takich informacji znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Krzysztof Kaźmierczak: Kiedy zaczęła się Twoja miłość do motoryzacji?

Mateusz Szumański: Gdy byłem mały, dostałem zabawkowe Ferrari. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Potem zacząłem zbierać modele z gazety "Super samochody". Wśród modeli z kolekcji było m.in. Ferrari F40. Na dodatek, jak byłem mały, to oglądałem serial Magnum P. I., w którym główny bohater również jeździł Ferrari.

A więc jesteś prawdziwym "Tifosi", czyli fanem marki Ferrari?

Kocham każde auto sportowe i luksusowe, ale Ferrari jest najbliższe mojemu sercu. Marzyłem o tym, żeby pojechać do Włoch i zobaczyć z bliska fabrykę Ferrari, ale nie było takiej możliwości. Lekarze mówili mi, że nie mogę latać samolotami. Potem okazało się, że jednak nie ma przeciwwskazań i siostra zgłosiła mnie do Fundacji Mam Marzenie. Poznałem wtedy Ryszarda Jaremka, który udzielił mi wsparcia.

To wspaniałe marzenie, udało ci się je spełnić?

Fundacja przyjęła mnie i moje marzenie z entuzjazmem, ale oznajmili mi, że prawdopodobnie nie będę wpuszczony do Ferrari na wózku. To było w 2012 r. W takim razie musiałem zdecydować, że zrobię coś innego i wybrałem podróż do Rzymu. Zwiedzałem Wieczne Miasto z przewodnikami oraz byłem na audiencji u papieża Benedykta XVI. Ci przewodnicy z Rzymu stali się wtedy naszymi przyjaciółmi i mam z nimi kontakt do dziś.

To, że Ferrari nie przyjęłoby odwiedzających na wózku brzmi dość nieprawdopodobnie. Odpuściłeś?

W pewnym sensie nie miałem wyjścia, ale wrócimy jeszcze do tego tematu. W międzyczasie, w 2014 r., na zaproszenie przyjaciół przewodników wróciliśmy do Rzymu. Tam miałem okazję poznać polska dziennikarkę Magdalenę Wolińską-Riedi i wtedy odwiedziłem też papieża Franciszka. Korespondentka zauważyła, że mam czapeczkę Ferrari. Od słowa do słowa i o mojej pasji do włoskich aut dowiedział się mąż Wolińskiej-Riedi. Powiedział wtedy, że ma kolegę w Ferrari i mógłby spróbować pomóc zorganizować wycieczkę. Znów pojawiła się nadzieja, a na dodatek mąż Riedi załatwił dla mnie czapeczkę z podpisem Fernando Alonso!

Czy to znaczy, że finalnie udało ci się dotrzeć do Maranello?

Tak, ale najpierw w Rzymie miałem swoją pierwszą przejażdżkę w samochodzie Ferrari. Niestety były spore korki i jechaliśmy maksymalnie 90 km/h wokół Koloseum. Mimo wszystko pamiętam to doskonale. To był model F430, a takie samo auto miał James May z Top Gear. Postanowiłem sobie wtedy, że raz w roku przejadę się szybkim samochodem.

Ocena: 0
Wyświetleń: 111 Dodał(a): zibi2