Ogłoszenie:

Łukasz Szeliga: Nasze życie nie skończyło...

dodano: 2018.05.04 ważne do: 2023.06.08 wyświetleń: 19
Szczegóły ogłoszenia:
Popieram protest rodziców dzieci niepełnosprawnych, ale jestem za indywidualnym podejściem, aby każdy człowiek mógł wrócić do społeczeństwa, na ile to możliwe - mówi Łukasz Szeliga, paraolimpijski narciarz alpejski i działacz sportowy, w rozmowie z Anitą Czupryn.

Był Pan przed Sejmem, żeby wesprzeć protest rodziców i opiekunów niepełnosprawnych dzieci? Nie wspierałem tego protestu w taki sposób. Protest dotyczy osób z niepełnosprawnościami, ale jest to grupa szczególnej niepełnosprawności. Mówiąc o niepełnosprawności trzeba widzieć różne jej wymiary. W Sejmie protestują rodzice dzieci, które nie są zdolne do samodzielnej egzystencji, wymagają opieki przez 24 godziny na dobę.

Ale w obliczu wielu niepełnosprawności to nie jest reguła. Trzeba pamiętać o rehabilitacji, a jej ideą zasadniczo jest powrót do samodzielności, do niezależności osoby z niepełnosprawnością. Rehabilitacja osób niepełnosprawnych niezależnie od wieku oznacza więc pracę do tego momentu, do którego przywróci osobie niepełnosprawnej samodzielność i niezależność. Niestety w Polsce często się o tym zapomina.

Nie chcę przez to powiedzieć, że to dotyczy rodziców, którzy protestują w Sejmie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy ludzie z niepełnosprawnością pojadą na igrzyska paraolimpijskie. Nawet na igrzyskach paraolimpijskich w sportach typu boccia starują osoby, które z założenia nie mają szans na samodzielność, bo zbyt skomplikowany jest ich stan niepełnosprawności. Powinniśmy mieć tez na uwadze to, że statystycznie tych ludzi wśród całej grupy osób posiadających jakieś niepełnosprawności, jest zdecydowana mniejszość. Rodzice niepełnosprawnych dzieci protestują w Sejmie już ponad dwa tygodnie. Jak Pan patrzy na ten protest i na to, co się wokół niego dzieje? Podobny protest już w Sejmie mieliśmy. Było to, o ile się nie mylę, trzy lata temu. Wtedy też przyjechali rodzice ze swoimi niepełnosprawnymi dziećmi. Jest to głos ludzi, którzy mają dosyć sytuacji, w jakiej funkcjonują, bo umówmy się, to nie jest sytuacja, która trwa od trzech lat, ale trwa od dziesięcioleci. Ale ja patrzę na to w taki sposób, że pomoc dla człowieka z niepełnosprawnością powinna być zindywidualizowana. Nie mamy takiej możliwości, żeby jednym dekretem sprawić, by wszyscy dostali to samo, kiedy spektrum potrzeb jest zbyt szerokie.

Moim zdaniem ani 500 złotych, ani 1000 złotych więcej nie załatwi problemu, jaki mają ci ludzie. Ci rodzice muszą zajmować się swoim dzieckiem przez 24 godziny i 7 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku. Trzy lata temu do tych rodziców, protestujących w Sejmie, o czym z goryczą dziś mówią, przychodzili politycy i deklarowali swoje wsparcie. Był prezes PiS Jarosław Kaczyński. Dziś rodzice mają żal i są zawiedzeni tym, że politycy, którzy teraz są u władzy, o nich nie pamiętają. Rozumiem sytuację rodziców. Ludzie zwykle są zawiedzeni, kiedy mają jakieś roszczenia i nie otrzymują tego, czego się domagają, nie otrzymują pomocy. Pominąłbym kwestie polityczne; to, że kiedyś przychodzili do nich jedni politycy, dziś przychodzą inni. Wydaje mi się, że problem leży gdzie indziej. To ja jeszcze tylko wspomnę o żądaniach protestujących: 500 zł dodatku dla niepełnosprawnych po ukończeniu przez nich 18 lat i zrównania renty socjalnej z najniższą rentą ZUS. Wiadomo już, że będzie ustawa, jeśli chodzi o zrównanie renty socjalnej z ZUS. Kwestią sporną okazało się 500 zł. Powtórzę jeszcze raz - 500 złotych więcej w ogóle nie rozwiązuje problemu. Wystarczy jeśli popatrzymy, jakie koszty musi ponieść ktoś, kto zajmuje się osobą z niepełnosprawnością przez rok. Zmaga się z ograniczeniami tego typu, że nie może chodzić do pracy, bo musi być z dzieckiem, że potrzebny jest sprzęt do rehabilitacji, potrzebnych jest wiele dodatkowych rzeczy. Zobrazowałbym to dwoma przykładami, gdzie powinno się szukać rozwiązań. Pierwsza rzecz jest taka, że od lat 90., a i wcześniej od 80. jest mnóstwo ludzi, którzy nabyli orzeczenia o niepełnosprawności, które ja kolokwialnie nazywam „orzeczeniami na łupież”. To nie są ludzie szczególnie chorzy czy niesprawni. Oni pracują - w firmach ochroniarskich, czy innych zakładach. Kiedyś na rynku pracy było mnóstwo ogłoszeń, firmy chętnie zatrudniały ludzi, którzy mieli orzeczenie o niepełnosprawności, bo to generowało różnego rodzaju przywileje dla pracodawcy. Ta sytuacja spowodowała, że dziś mamy do czynienia z absurdem, bo w tej ponad 4-milionowej grupie ludzi, którzy mają orzeczoną niepełnosprawność, uważam, że znaczna częć nie powinna takiego orzeczenia posiadać. Oczywiście, wiele się poprawiło przez ostatnie lata. 

 
Kontakt
Łukasz Szeliga: Nasze życie nie skończyło
( Pokaż na mapie)
Kontakt
Podziel się:
Dodawanie komentarza
Dodawanie komentarza Ukryj formularz
Captcha
Przepisz tekst widoczny na obrazku.
Aktualności Archiwum aktualności
Reklama
Zapisz się do newslettera:
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingu usług i produktów partnerów właściciela serwisów.