efektum
Niezwykła pasja: maraton na szpitalnym wózku 2020-09-04
Śląskie
Niepełnosprawni miejcie się na baczności! Po ulicach Katowic "grasuje"
biegacz, który namawia osoby na wózkach do pokonania maratonu.

Pamiętam taki obrazek. Leżę bez celu na łóżku.
Dzwonię do kogoś. Rozmowa urywa się po pięciu minutach, a ja wciąż
trzymam telefon przy uchu. Cisza... Co piętnaście minut współlokator
naciska na klamkę drzwi prowadzących do mojego pokoju. Jego głowa wciska
się między framugę a drzwi: „Żyjesz jeszcze?” - rzuca i znika. Miałem
wszystkiego dość - opowiada Jakub Krupa, maratończyk, który nigdy nie
przebiegł królewskiego dystansu sam.


Kuba ma dziś 30 lat, a historia, od której
zaczął swoją opowieść, wydarzyła się sześć lat temu. Krupa był wtedy
studentem piątego roku Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Na Śląsk
przyjechał z Żabna, małej miejscowości z okolic Tarnowa.

Z trójką kolegów wynajmowałem wtedy mieszkanie w centrum Katowic.
Zacząłem pierwszą poważną pracę. Czułem, że kończy się beztroskie życie,
a zaczyna odpowiedzialność. Przytłaczało mnie. Do tego doszły problemy
osobiste. Zapiąłem się w kierat, z którym nie potrafiłem sobie poradzić.
Znajoma, która widziała moje męki, zaproponowała mi wizytę u
psychologa. Trafiłem do bardzo fajnej osoby. „Musisz mieć coś poza
pracą. Coś, co oderwie cię od codzienności. Może bieganie?” -
zaproponował mi psycholog. No i przepadłem - uśmiecha się Kuba.

Gdy zaczynasz rozmowę z maratończykiem,
wchodzisz do tego grona, możesz być pewien, że prędzej czy później - ale
raczej prędzej - padnie TO pytanie. „Jaką masz życiówkę?”. W gruncie
rzeczy maratończycy cieszą się każdym kilometrem na trasie i większe
znaczenia ma dla nich ukończenie biegu niż jego czas. Nie da się jednak
ukryć, że każdy z nich ma czas biegu, do którego dąży lub który chce
pobić.


Kuba jest jednak inny. - Nigdy nie pokonałem biegu maratońskiego czy
półmaratońskiego sam. Nie wiem więc, jaką mam życiówkę. Nie bardzo mnie
to interesuje - zaznacza.

Kuba nie pokonał nigdy trasy biegu sam, gdyż
zawsze ma przed sobą osobę niepełnosprawną, którą pcha na wózku. Zaczęło
się od Piotra. Skończyli tę samą uczelnię, ale poznali się na
spotkaniach Franciszkańskiego Ośrodka Duszpasterstwa Akademickiego FODA w
Panewnikach. - Potrzebowałem nowych wyzwań. Zaproponowałem więc
Piotrowi wspólny bieg. Na początku się śmiał. „Chyba oszalałeś, nie ma
mowy!” Ale jeszcze tego samego dnia zadzwonił i zapytał, jak by to miało
wyglądać. Ty siedzisz, a ja cię pcham, proste. Ostatecznie aż tak
proste nie było, bo nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, na co się
piszemy - opowiada.

Przypadkowe spotkanie na dworcu






Pchanie 60 kilogramowego mężczyzny na szpitalnym wózku przez ponad 42 kilometry rzeczywiście nie jest łatwe.








- To wspólna walka. Ja daję nogi, a Piotrek
głowę. Podczas naszych wspólnych biegów nie raz zdarzało się, że byłem
bliski, żeby się poddać. Wtedy z pomocą zawsze przychodził Piotrek. „Po
co mnie brałeś, jak nie dajesz rady?” albo „Co tak sapiesz, ja się w
ogóle nie spociłem”. Poznaliśmy się z czasem tak dobrze, że nie było
granic, które moglibyśmy względem siebie przekroczyć - uśmiecha się
Jakub, który zaznacza, że w czasie wspólnego biegu wielkim wyzwaniem
jest też odpowiedzialność za drugą, niepełnosprawną osobę.

Ocena: 0
Wyświetleń: 68 Dodał(a): zibi2
Komentarze