Rafał Mikołajczyk: \"Miarą człowieka jest to, w jaki sposób pomaga bezinteresownie innym\" [WYWIAD] 2020-06-23
Dolnośląskie, Wrocław

Sport osób z niepełnosprawnościami zyskuje coraz większy rozgłos nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Niepełnosprawni zawodnicy stanowią często doskonały przykład walki z przeciwnościami losu i obracania tego, co inni uważają za przeszkodę, w szansę. Rafał Mikołajczyk to m.in. współzałożyciel pierwszej na Dolnym Śląsku drużyny rugby na wózkach, zdobywca Pucharu Świata UCI w parakolarstwie szosowym, czy współtwórca ogólnopolskiej fundacji Moc Pomocy z siedzibą we Wrocławiu. Opowiedział nam o swojej historii, działalności w środowisku osób z niepełnosprawnościami, wpływie pandemii na jego formę, a także wiele więcej.

Bartosz Królikowski: Na początek wypada zapytać, jak się pan czuje po okresie kwarantanny? Udało się utrzymać formę, mimo ograniczeń

Rafał Mikołajczyk: Powiem szczerze, że cała ta sytuacja w żaden sposób mnie nie zatrzymała. Oczywiście nie mogłem wziąć przez to udziału w wielu zawodach, które miałem w planie. Jednak większość treningów wyglądała u mnie identycznie jak przedtem. Zrezygnowałem z siłowni, nawet teraz gdy zostały otwarte, bo wolę unikać miejsc przez które przewija się dużo ludzi. Zwłaszcza że w lutym urodziła mi się córeczka, a jej rzecz jasna nie chciałem narażać pod żadnym pozorem. Trenowałem głównie na rowerze. Jednak dzięki temu, że mniej pracowałem, miałem więcej wolnego czasu, mogłem lepiej zadbać o odpoczynek. Lepszy balans trenowania i regeneracji sprawił, iż moje wyniki się poprawiły. Jestem silniejszy, szybciej jeżdżę, mam lepszą wydolność, więc akurat okres pandemii mi posłużył.

B.K.: Uważa pan, że sportowcy ogólnie dostali w ten sposób szansę pracy nad aspektami zarówno fizycznymi, jak i kondycyjnymi?

R.M.: Wydaje mi się, że była to przede wszystkim okazja do lepszej regeneracji. W normalnych warunkach, staramy się dzielić nasz czas między życie wyczynowego sportowca, a sprawy prywatne oraz zawodowe. Tu z kolei część zawodowa została w znaczny sposób ograniczona, co pozwoliło na skupienie się na treningu i odpoczynku. Myślę więc, że bardzo wielu sportowców dużo zyskało w tym okresie. Nie wszyscy oczywiście, bo chociażby pływacy mieli bardzo trudną sytuację. Ale ogólnie jeśli ktoś sumiennie pracował, to mógł czerpać wiele korzyści.

B.K.: Odpoczywał pan także od sportu ogólnego, czyli np. pokazywanych licznie w telewizji retransmisji, czy jednak ten informacyjny kontakt ze sportowym światem był trzymany?

R.M.: Akurat ja codziennie rano czytam wiadomości związane ze sportem. Interesuję się bowiem wieloma dyscyplinami. Na pewno duże wrażenie zrobił na mnie film o Michaelu Jordanie, który w czasie pandemii pojawił się na Netflixie. Także jestem raczej na bieżąco.

B.K.: Przejdźmy może do pańskiej historii. Jest pan związany ze sportem praktycznie całe życie, jeszcze przed wypadkiem były sukcesy w bieganiu przede wszystkim. Jak zaczęła się ta przygoda ze sportem?

R.M.: Już w wieku ok. 8-9 lat zacząłem biegać, nie tyle może profesjonalni, co świadomie, w końcu byłem jeszcze dzieckiem. Ale razem z moją siostrą Marleną wyznaczaliśmy sobie praktycznie codziennie konkretne dystanse do pokonania. Wtedy było to 1000 metrów, czasami nawet 1200. Natomiast pierwsze sukcesy w zawodach lokalnych zacząłem odnosić gdy poszedłem do gimnazjum. Wygrywałem z osobami nawet 2-3 lata starszymi ode mnie. Zacząłem też startować na wyższych szczeblach. Biegałem w reprezentacji szkoły na zawodach rangi powiatowej i wojewódzkiej. Startowałem w sztafecie, na 400 metrów, a jako że odnosiłem sukcesy to spokojnie można stwierdzić, że talent do biegania miałem. Teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że gdybym pozostał osobą w pełni sprawną, to już mając 17-18 lat swoje miejsce w świecie lekkoatletyki bym odnalazł.

B.K.: Wspomniał pan o treningach ze swoją siostrą. Czy w rodzinie ogólnie macie tradycje sportowe?

R.M.: Moi rodzice żadnych dyscyplin nie uprawiali. Natomiast mam kuzynów, którzy byli dobrymi kolarzami, startowali m.in. w Belgii. Wspomniana młodsza siostra natomiast bardzo intensywnie grała w piłkę nożną. Ma za sobą występy nawet na szczeblu drugiej ligi kobiecego futbolu. Obecnie natomiast trenuje drużyny juniorskie. Starsza siostra natomiast też grała trochę w siatkówkę, ale nie profesjonalnie. Zatem w sumie można powiedzieć, że w pewnym stopniu sport stał się ważną częścią naszej rodziny.

B.K.: Czy mógłbym spytać co się dokładnie wydarzyło, że utracił pan pełnię sprawności?

R.M.: Jak najbardziej. Nie mam żadnego problemu, by o tym opowiadać. Pamiętam ten dzień dość dokładnie. Była to sobota, rok 2004. Akurat wtedy po raz pierwszy w życiu przebiegłem 13 km ze starszym kolegą, a miałem wówczas 14 lat, więc wyczyn był spory. O godzinie 19:00 podszedł do mnie ze swoimi kumplami niejaki Paweł. Pochodzę z małej miejscowości w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie mieszka raptem 1000 osób, więc wielu zna się nawzajem. Poza tym byłem z tym Pawłem w jednej klasie. On był starszy co prawda, ale nie zdał i dlatego nasze drogi się przecięły.

Gdy podszedł do mnie zaczął mi zarzucać, że obraziłem jakąś jego kuzynkę, a także różne inne wyssane z palca rzeczy. Potem złapał mnie za szyję i obaj polecieliśmy na podłogę. Ja pechowo uderzyłem głową o ziemię, a jeszcze jego ciężar mnie przygniótł i jak się później okazało, uszkodziłem w ten sposób rdzeń kręgowy na odcinku szyjny, co od razu poskutkowało porażeniem czterech kończyn. Byłem w różnych szpitalach. Bystrzyca, Wrocław, Kłodzko. Natomiast później przeszedłem ponad dwuletnią rehabilitację na terenie całego kraju. Łącznie wszystkich ośrodków, które odwiedziłem było zdaje się 15. Na koniec trafiłem do Wrocławia, do specjalnego liceum, przystosowanego dla osób na wózkach. Cały ten okres był dla mnie trudny. Musiałem praktycznie wszystkiego się uczyć i kompletnie zmienić swoją koncepcję na życie. Ale zasadniczo między innymi dzięki temu teraz rozmawiamy.

B.K.: Jak sobie pan poradził z tak ogromnymi zmianami zarówno psychicznie, jak i fizycznie? Co było najtrudniejsze?

R.M.: Nigdy się nie zastanawiałem, który z tych aspektów był bardziej wymagający. Myślę że oba mógłbym postawić na równi, gdyż jako bardzo aktywny chłopak, miałem świadomość wytrenowania mojego ciała, przez co chciałem przekraczać kolejne granice. Natomiast nagle leżę w łóżku, prawie się nie ruszam i nic samodzielnie przy sobie nie mogę zrobić. Ale z drugiej strony potraktowałem to z czasem jako trening. Wszyscy wokół mówili mi, że muszę ćwiczyć, by polepszać swoją sprawność, więc uznałem to za wyzwanie. Jednocześnie cały czas starałem się zdobywać wiedzę na temat urazów rdzenia kręgowego, co też pozwalało mi być coraz bardziej świadomym tego, że będę się poruszał na wózku. Oczywiście był to dla mnie dramat, zadawałem sobie wiele pytań, niejednokrotnie wieczorami pojawiały się łzy spowodowane poczuciem bezsilności. Jednak mimo to codziennie rano gdy jechałem na rehabilitację, na treningi, dawałem z siebie absolutnie 100% i dodawałem sobie tym otuchy. Dlatego uważam, że całkiem dobrze oraz z godnością przeżyłem całą tą sytuację, akceptując stan rzeczy.

B.K.: Pierwszą dyscypliną jaką się pan zajął po wypadku było rugby na wózkach. Dlaczego akurat to?

R.M.: Po utracie pełni sprawności poszukiwałem dla siebie odpowiedniej dyscypliny. Dowiedziałem się o różnych sportach dla niepełnosprawnych. Siatkówka, ping pong, koszykówka i właśnie rugby na wózkach. Nie miałem wtedy jeszcze świadomości, że istnieje również kolarstwo dla osób z niepełnosprawnością. Trzeba pamiętać że to był okres między rokiem 2004, a 2006. Wtedy Internet nie był jeszcze tak ogólnodostępny. Ja też pochodziłem z małej miejscowości, byłem dość prostym chłopakiem, więc nie miałem też takiej możliwości tego wszystkiego poznawać. Ale mogłem polegać na innych ludziach, od których dowiadywałem się jak to wygląda. Rugby z kolei było dostosowane dla osób z porażeniem czterokończynowym. Podobało mi się, że mogłem się tam poruszać na wózku, nie musiałem się przesiadać na żadne nieznane urządzenia. Dzięki temu też czułem się bezpiecznie, bo wtedy byłem już że tak powiem zintegrowany z wózkiem. Sport był kontaktowy, mogłem rywalizować, dlatego też z czasem zakochałem się w tym rugby. Założyłem pierwszą na Dolnym Śląsku drużynę (Szlachta Wrocław), a potem dostałem się do drużyny narodowej.

Muszę jednak powiedzieć, że poza piłką nożną nigdy nie przepadałem za sportami dr

Ocena: 0
Wyświetleń: 151 Dodał(a): zibi2